W niedalekiej przeszłości otrzymałem od Marvo prezent w postaci bardzo rozsądnie wycenionej myszki – mowa o modelu Niro 50. To już moja druga myszka od tego chińskiego producenta – pierwszą była Monka Prime, która oferowała ciekawe rozwiązania w zakresie baterii i ładowania.
Niro 50 nie posiada takich bajerów, ale ma jedną bardzo istotną zaletę – niską cenę. Czy mamy nowego króla w budżecie do 100 złotych? Dysponując takimi funduszami, rzadko trafiamy na modele bezprzewodowe. Czy jednak nowy model od Marvo okaże się królem opłacalności? Tego dowiecie się z niniejszej recenzji – zapraszam do lektury!
Specyfikacja
- Typ produktu: mysz dla graczy
- Łączność: 2,4 GHz, Bluetooth
- Sensor: Pixart PAW3311
- Przełączniki główne: Huano Blue Shell Blue Dot
- Waga: ok. 63 gramów
- Gwarancja: 2 lata
- Cena: ok. 80 złotych
Specyfikacja pochodzi ze strony producenta
Opakowanie i jego zawartość
Recenzowany dziś gryzoń przychodzi do nas w bardzo zwyczajnym opakowaniu. Z zewnątrz nie zaskakuje niczym szczególnym. Na froncie widzimy grafikę przedstawiającą Niro 50 – wraz z kilkoma informacjami, np. o ilości DPI.
Bok opakowania opiewa chwytliwe hasło „BORN FOR GAMING” – sugerujące gotowość bojową naszej myszki. Tył został pokryty sporą ilością informacji – od specyfikacji technicznej, aż po wyposażenie, jakie znajdziemy w środku.
Cały box utrzymany jest w jednolitym stylu graficznym – schludnie, lecz z delikatnym pazurem. Obecność czerwieni, czerni i bieli świetnie ze sobą współgra, a opakowanie, w którym przychodzi do nas Marvo Niro 50 Black, po prostu może się podobać!
Wewnątrz niestety jest już nieco gorzej… Po otwarciu czeka nas widok kartonowego wypełnienia, a po jego wyjęciu – myszka swobodnie spoczywająca w piankowym woreczku. Oprócz niej otrzymujemy naklejkę z logo serii Scorpion, przewód USB A – USB C (o którym powiem nieco więcej za chwilę) oraz instrukcję obsługi.
Dość biednie, prawda? Nie znajdziemy tu ani dodatkowej pary ślizgaczy, ani nawet prostych gripów poprawiających przyczepność naszej dłoni. Na usprawiedliwienie warto dodać, że Niro 50 Black kosztuje niespełna sto złotych – to naprawdę niewiele. Szkoda jednak, że producent nie pokusił się choćby o symboliczne dodatki czy lepsze akcesoria w zestawie. Na szczęście wszystko rekompensuje cena, która w tym segmencie potrafi wiele wybaczyć.
Jakość wykonania i wygląd
Po rozpakowaniu i pierwszym wzięciu w dłoń – Marvo Niro 50 Black zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie. Bardzo często przy produktach budżetowych od razu wyczuwamy ich niedoskonałości – tani plastik, słabe spasowanie, nieprzyjemne luzy. Tutaj jest inaczej!
Na największe pochwały zasługuje spasowanie elementów – zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Nic nie trzeszczy, nie strzela, nie lata. Chapeau bas! Równie dobrze wypada jakość użytego plastiku. Testowany dziś gryzoń sprawia wrażenie znacznie droższego, niż jest w rzeczywistości – i to już od pierwszego kontaktu.
Wyglądowo mamy tu do czynienia z nietypową mieszanką. Z jednej strony – minimalistyczny kształt, subtelne logo na tyle, niczym niewyróżniające się kółko scrolla. Z drugiej jednak – bardzo rzucające się w oczy żółte akcenty w postaci przycisku znajdującego się na samym czubku oraz bocznych przycisków. Ciekawy misz-masz!
Nie ujrzymy tutaj żadnego podświetlenia. Nawet bez niego nasza myszka prezentuje się co najmniej dobrze. Osobiście jestem fanem wszelkiego minimalizmu i nie przepadam za różnorakimi iluminacjami – jednak wspomniane wcześniej żółte wstawki mogą wprowadzić odrobinę życia na nasze stanowisko. Marvo Niro 50 Black powinna spodobać się praktycznie każdemu – niezależnie od preferencji estetycznych.
Powierzchnia
Coating nie wyróżnia się z tłumu – i poniekąd jest to zaleta. Niro 50 Black może pod tym względem konkurować z droższymi modelami. Całość została pokryta matową powłoką, pozbawioną widocznej gołym okiem faktury.
Muszę przyznać, że sprawdza się naprawdę dobrze. Dłoń tylko lekko mi się przy nim pociła, lecz kredowa powierzchnia ratowała sytuację – bardzo skutecznie pomagała utrzymać kontrolę nad myszką, nawet podczas intensywniejszego użytkowania. Jeżeli miałbym ją do czegoś porównać, powiedziałbym, że Marvo Niro 50 Black ma coating zbliżony do tego, który znajdziemy w myszkach RAZERa.
Jej największą wadą jest podatność nie tyle na zabrudzenia, ile na tłuste ślady, które zostawiają nasze palce. Kolor w tym przypadku tylko potęguje ten negatywny efekt – każdy odcisk jest widoczny jak na dłoni.
Przyciski główne, boczne i scroll
Pod przyciskami głównymi producent skrył propozycje od Huano – Blue Shell Blue Dot. Przyznam bez bicia – przed otrzymaniem myszki do testów nie wczytuję się zbytnio w jej techniczne aspekty. Wolę wszystko przyjmować „na bieżąco” – takie podejście gwarantuje mi najbardziej naturalne emocje. I muszę powiedzieć, że użyte przełączniki naprawdę mnie zaskoczyły.
To ciekawa odskocznia – szczególnie że zawsze darzyłem sympatią Huano w wersji z niebieskim korpusem. Klik jest wyrazisty, sprężysty, a przy tym nieprzesadnie głośny – idealny balans dla osób ceniących wyraźny feedback.
Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to ich implementacja. Wydaje mi się, że zostały osadzone ciut zbyt luźno – na lewym przycisku wyczuwalny jest naprawdę minimalny pretravel. Są to jednak wartości tak znikome, że równie dobrze mógłbym poświęcić temu tylko kilka słów. Nie mam wątpliwości – wśród myszek do 100 złotych, Niro 50 Black oferuje jedne z ciekawszych przełączników głównych.
Wartym wspomnienia elementem jest przycisk służący do zmiany DPI umieszczony na górze naszej myszki. W dobie myszek z takowym guzikiem znajdującym się od spodu, Niro 50 Black postawiło na klasyczne rozwiązanie. Jeżeli często zdarza się komuś zmieniać DPI podczas korzystania z myszki – będzie to dla niego bardzo duży plus!
Przyciski boczne zaskoczyły mnie jeszcze bardziej! Niestety producent nie podaje na ich temat żadnych informacji, ale feeling z korzystania jest wprost świetny.
Osadzone zostały na bardzo przyjemnej wysokości – naturalnie pod naszym palcem. Klika się bardzo, ale to bardzo przyjemnie. Idealnie wpasowują się w moje preferencje. Aktywacja nie wymaga dużej siły, a ruch przycisku jest płytki i dobrze ograniczony. Marvo – brawa! Tak właśnie powinny działać przełączniki boczne.
Scroll niestety okazuje się zdecydowanie najsłabszym ogniwem recenzowanego dziś modelu. Przeskok jest zbyt lekki, za mało wyczuwalny, a co najgorsze – bardzo nieregularny. Podczas kręcenia kółko raz przeskakuje płynnie, a raz potrafi nieprzyjemnie „szarpnąć”, co wyraźnie wpływa na komfort użytkowania.
Na pochwałę zasługuje natomiast guma, którą scroll został pokryty. Solidnie przylega do palca i wyraźnie poprawia chwyt – nawet przy szybszym przewijaniu. Przycisk skryty pod kółkiem również wypada całkiem nieźle – nie jest to może ścisła czołówka, ale działa poprawnie i nie sprawia żadnych problemów.
Łączność, ślizgacze i bateria
Wspominam o tym któryś raz, lecz naprawdę zaskoczony jestem, jak wiele może zaoferować myszka za niecałe sto złotych… Jaki rodzaj łączności mamy na pokładzie? Każdy!
Bluetooth w wersji 5.3 działa bardzo sprawnie – nie odczułem żadnego opóźnienia ani problemów z połączeniem. Łączność radiowa za pomocą dongla 2.4 GHz również przebiegła bez zająknięcia – stabilnie, szybko i bez niespodzianek. Kabel to już formalność – jego jakość jest dość przeciętna, typowy przewód dołączany do zestawu wraz z myszką, bez fajerwerków.
Ślizgaczy mamy w zestawie jeden komplet – wykonane zostały z czarnego PTFE. Niestety, nie należą one do wybitnych, a szkoda… Marvo mogło się postarać i za kilka złotych więcej dorzucić „białe” ślizgi, które zazwyczaj wypadają znacznie lepiej.
Te tutaj są średnio szybkie, podatne na rysy i nie grzeszą płynnością. Jeżeli ktoś miał wcześniej do czynienia z „łyżwami” właśnie w tym kolorze – będzie wiedział, z czym to się je. Zaskoczeń brak, lecz człowiek łudził się o ciut więcej.
Bateria znajdująca się wewnątrz Niro 50 ma pojemność 500 mAh – to naprawdę solidny wynik, szczególnie w tej półce cenowej. Producent deklaruje, że wystarcza ona nawet na 140 godzin korzystania w trybie Bluetooth. I faktycznie – jest to wynik jak najbardziej osiągalny. Podczas testów używałem myszki przez długi czas właśnie w tym trybie, a poziom naładowania spadał bardzo powoli – lekko ponad godzina użytkowania przekładała się na jeden procent zużycia.
Niestety, w trybie 2.4 GHz wynik nie jest już tak imponujący – co jednak nie powinno nikogo dziwić. Marvo Niro 50 Black wciąż potrafi wytrzymać solidne kilkadziesiąt godzin, co plasuje ją w czołówce, jeśli chodzi o czas pracy na baterii w tym budżecie.
Gdy już jednak napotkamy potrzebę, aby Niro 50 zasilić świeżą energią – wystarczy kilka minut ładowania po kablu, by móc cieszyć się kolejnymi godzinami rozgrywki.
Sensor i pomiary
Na papierze – najsłabszy punkt testowanej dziś myszki. W praktyce? Nie mam zbytnio do czego się przyczepić.
Sensor oferuje czułość do 12000 DPI – może nie brzmi to powalająco, ale szczerze mówiąc, nie znam osoby, której taka wartość by nie wystarczyła. Niestety, według moich obserwacji, jest on ciut bardziej prądożerny niż jednostki z wyższej półki – co warto mieć na uwadze, szczególnie przy dłuższych sesjach bez kabla.
Mógłbym tu rozpisywać się o jego aspektach technicznych – o tym, w czym odstaje od droższych modeli, gdzie są jego słabe strony i na co należy uważać. Ale czy ma to sens? Na co dzień korzystam z myszki wyposażonej w znacznie lepszy „móżdżek”. Czy zauważyłem jakiekolwiek różnice podczas testów Niro 50? Niezbyt.
Warto wspomnieć o świetnej kompatybilności z podkładkami – sensor radzi sobie na różnych powierzchniach bez zająknięcia. Na plus zasługuje też dość niski LOD, co przekłada się na lepszą kontrolę przy podnoszeniu myszki. Jednostka ta ma jednak ograniczenie do 1000 Hz częstotliwości próbkowania – co może nie być dobrą nowiną dla bardziej wymagających graczy.
Mogę jednak z pełnym przekonaniem stwierdzić, że Marvo Niro 50 Black wraz z sensorem PAW3311 zaspokoją potrzeby każdego domorosłego gracza – co potwierdza test wykonany w programie Enotus MouseTest!
Kształt i waga
Jako użytkownik, którego najczęściej używanym chwytem jest claw lub relaxed claw – poczułem się tu jak w domu! Bryła nie jest pod żadnym względem odkrywcza, ale sprawdza się świetnie. Szerokie, lekko wgłębione przyciski oraz delikatnie profilowane boki wyraźnie uprzyjemniają korzystanie z Niro 50.
Propozycja od Marvo idealnie sprawdzi się dla posiadaczy chwytu szponiastego i wszelkich jego wariacji. Całkiem nieźle odnajdą się również koneserzy fingertipa – pod warunkiem, że mają większe dłonie. Palmgrip? Tu już duże dłonie nie będą wskazane – może zabraknąć miejsca na pełne oparcie. Marvo Niro 50 Black to model o dość uniwersalnym kształcie, który zaskakująco dobrze dopasowuje się do różnych stylów trzymania.
Duże zasługi ma przy tym rozmiar – 120 × 60 × 39 mm – proporcje, które pozwalają na wygodną obsługę bez względu na to, czy gramy, pracujemy, czy po prostu przeglądamy internet.
Waga wedle producenta wynosi 63 gramy – to wynik dość typowy, będący poniekąd swego rodzaju „złotym środkiem” i kompromisem między myszkami superlekkimi a tymi wyraźnie cięższymi. Dla wielu użytkowników będzie to wartość idealna – wystarczająco lekka, by nie męczyć dłoni, ale też na tyle wyważona, by zapewnić stabilność ruchu.
Ciężar został rozłożony bardzo dobrze – żadna ze stron nie dominuje, a środek ciężkości utrzymany jest mniej więcej na środku bryły. Dzięki temu myszka prowadzi się naturalnie i przewidywalnie, niezależnie od stylu chwytu czy rodzaju podkładki.
Oprogramowanie
Największą niespodzianką dla mnie było to, jak mało waży oprogramowanie do Marvo Niro 50. Niespełna 5 MB na liczniku podczas pobierania – to naprawdę niewiele!
Jak ono się sprawuje? Dobrze – powiedziałbym, że całkiem normalnie. Nie wyróżnia się na tle konkurencji niczym szczególnie dobrym, ale też niczym złym. Do naszej dyspozycji oddano kilka stopni DPI, możliwość zmiany kierunku scrolla oraz funkcje pokroju makro. Nie wygląda to zbyt obficie, lecz prawdę mówiąc – nie ma tu wielu rzeczy, które wymagałyby zaawansowanej konfiguracji. Brak podświetlenia, brak wyższej częstotliwości próbkowania – to ograniczenia sprzętowe, które nie wymagają rozbudowanego softu.
Niemniej jednak – wszystko, co najważniejsze, znalazło się w jednym miejscu. Program działa stabilnie, nie obciąża systemu i pozwala szybko dostosować myszkę do własnych potrzeb. W tej klasie cenowej – więcej nie trzeba.
Marvo Niro 50 Black – podsumowanie
Czy Marvo Niro 50 Black to dobry wybór, gdy nie dysponujemy zbyt dużym budżetem? Zdecydowanie tak – bardzo dobry!
Oczywiście, nie jest to mysz pozbawiona wad. Posiada ich kilka: średniej jakości ślizgacze, na papierze przeciętny sensor, brak dodatkowych akcesoriów w zestawie oraz mierny scroll. To elementy, które mogą nieco zniechęcać – szczególnie bardziej wymagających użytkowników.
Jednak oferuje nieporównywalnie więcej! Bardzo dobre przełączniki główne, świetne boczne, solidna jakość wykonania, przyjemny coating oraz lekkie, funkcjonalne oprogramowanie. To zestaw cech, który w tej cenie robi naprawdę duże wrażenie.
Czy można chcieć czegoś więcej? Jeżeli jesteście domowymi graczami i akceptujecie wspomniane wyżej kompromisy – nie ma nad czym się zastanawiać. Marvo Niro 50 Black wypada lepiej, niż wskazywałaby na to sama ocena końcowa. Polecam z czystym sumieniem!

Dziękuję serdecznie firmie Marvo, bez której udziału ta recenzja by nie powstała.














Test i recenzja TP-Link RE235BE – Największy skok w historii repeaterów? Prawie
MCHOSE K7 Ultra – test i recenzja – chiński czołg do zadań specjalnych?