Monka Prime, a właściwie Marvo Monka Prime to myszka, którą nie tak dawno otrzymałem w prezencie od producenta. Przyznam szczerze, zaciekawiła mnie pewnym niespotykanym obecnie rozwiązaniem. Mowa tu o odłączanej baterii. W teorii pomysł naprawdę dobry. Akumulator rozładowany? Kilka sekund i gotowe, już włożyliśmy drugi. W praktyce jednak ma on kilka wad, zarówno tych mniejszych, jak i tych większych, nie raz gotowych do napsucia nam krwi. Jak to wszystko wpłynie na mój werdykt końcowy? Przekonajmy się!
Specyfikacja
- Typ produktu: mysz dla graczy
- Łączność: 2,4 GHz, Bluetooth
- Sensor: PixArt PAW3395
- Przełączniki główne: o żywotności 100 mln
- Waga: ok. 53 gramów
- Gwarancja: 2 lata
- Cena: 299 złotych
Specyfikacja pochodzi ze strony producenta.
Opakowanie i jego zawartość
Monka Prime to mysz od producenta, który ma ode mnie tzw. czystą kartę. Oznacza to, że podchodzę do jego produktów bez żadnych emocji. Nie spodziewam się niczego, niczego nie oczekuje. Myślę, że takie podejście będzie najbardziej fair zważywszy na fakt, że to moja pierwsza styczność z produktami tej marki.
Już na etapie opakowania, zostałem pozytywnie zaskoczony. Z zewnątrz całość jest bardzo schludna. Biały kartonik z czerwonymi elementami, renderem przedstawiającym gryzonia wraz z nazwą modelu na froncie oraz boku i bardzo klasyczne rozwiązanie tj. specyfikacja wraz z chwytliwymi sloganami na tyle. Jak najbardziej może to się podobać. Na myśl od razu przychodzą nam myszki z segmentu premium.
Szczególną uwagę zwrócił na siebie sposób otwarcia, a właściwie wysunięcia tego, co znajduje się wewnątrz. Opisywane wcześniej białe pudełko porównać można do obwoluty, który delikatnie okrywa zawartość strzeżoną przez… sci-fi kobiete w anime stylu. Jest to wybór jakże intrygujący, którego fanem niestety nie jestem.
Po „pozbyciu się” wspomnianej panny zobaczymy gwóźdź programu – Monka Prime, bo o niej mowa, owinięta jest w folio-piankę i leży w przeznaczonym dla niej miejscu w czarnej gąbce. Poniżej owej gąbki jest prostokątne puzderko z napisem „Monka”. W nim, na ładnych kartach przedstawiona została papierologia, instrukcje i wiele innych potrzebnych (lecz niezbyt interesujących) detali. Wisienką na torcie jest obecność antypoślizgowych gripów. Czy spełniają swoją funkcję? Tego dowiemy się ciut później, lecz sama ich obecność jest niewątpliwym plusem (szczególnie w tak nietuzinkowym wzorze).
Jakość wykonania i wygląd
Jakość wykonania jest tu na bardzo dobrym poziomie! No może z lekkim minusem, o którym za chwilę. Bryła jest jak najbardziej solidna, nie trzeszczy, nie skrzypi, no i w środku nic nie lata! Poziom myszek z segmentu wyżej niż Monka Prime się znajduje.
Gdzie zatem podział się ten minus? Gryzoń delikatnie ugina się, gdy ściśniemy go po jego bokach. W naturalnym użytkowaniu jest to rzecz naprawdę marginalna, lecz należy o niej wspomnieć. Podobnie jak o nienaturalnych „ruchach” góra-dół gdy siłę skoncentrujemy na humpie recenzowanej dzisiaj myszki. Efekt ten można porównać do bardzo twardych amortyzatorów. Czy jest to wada? Rzadko przytrafiają nam się takie „funkcje”, jednak zaliczyłbym to jako delikatny minus. Osobiście wolę myszki, które fabrycznie są „na glebie” 😉
Wygląd nie jest niczym odkrywczym, czy to źle? Otóż nie! Klasyczna biel na większości powierzchni świetnie komponuje się z czarnym, matowym spodem, czarnymi przyciskami bocznymi oraz czerwoną gumką pokrywającą scrolla. Monka Prime wygląda jak idealny towarzysz do schludnego i minimalistycznego stanowiska. Zero RGB, zero podświetlenia. Czysta (prawie…) elegancja.
Czemu prawie? Jeden aspekt psuje mi odbiór i wrażenia estetyczne. Monka Prime ma na sobie napis – „Monka”. Utrzymany jest w stylu znanym z opakowania i loga tj. fikuśna, krzykliwa czcionka. Osobiście nie mam nic do takiego wyglądu, gorzej ma się jednak umiejscowienie tego detalu. Środek lewego przycisku głównego nie brzmi jak idealne miejsce na to. Nie będę taki surowy w kontekście tego designu – on również może się podobać! Jest to tylko i wyłącznie moja opinia.
Powierzchnia
Już któryś raz z kolei testuje myszkę z prawie identycznym coatingiem i powierzchnią pokrywającą. Niewyczuwalna, jak wspomniałem w poprzednim akapicie, matowa tekstura zdecydowanie leży w gronie moich ulubionych.
Jej praktyczne aspekty są w tym wypadku na przyzwoitym poziomie. Z dłoni nam w żadnym wypadku nie wypadnie, lecz mogło być ciut lepiej… Bohaterem stają się w takim wypadku niezastąpione gumy antypoślizgowe. Te, w które wyposażona została Monka Prime spełniają swoje zadanie bez zarzutu. Ich jakość jest naprawdę dobra.
Walory estetyczne są jeszcze lepsze! Głównie za sprawą białego koloru wyeliminowana została wada w postaci łapania odcisków palców. Bolączka wielu modeli myszek, w tym najnowszej serii Novus od Dark Project poszła w niepamięć! Przyszła jednak inna… w moim mniemaniu mniej irytująca. Brudzenie się, bo o nie mi chodzi, jak przystało na jasny kolor widoczne jest dużo bardziej. Oprócz tego kawał solidnej roboty.
Przyciski główne, boczne i scroll
Pod przyciskami głównymi znajdują się Kailh Sword GM X – przełączniki o deklarowanej żywotności stu milionów kliknięć. Niestety producent nie podał ich dokładnej nazwy na opakowaniu, lecz po kontakcie z nim, takową informację otrzymałem. Mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że są sprężyste, twarde, dość głośne i wymagają średniego nacisku. Korzysta się z nich z dużą przyjemnością. Brak pretravelu i posttravelu, a do tego świetne spasowanie – wszystko to razem daje naprawdę solidny efekt.
Co bardzo mnie zaskoczyło, to fakt, że przyciski boczne są jednym z najmocniejszych punktów tej myszki. Monka Prime oferuje absolutnie świetne boczne przyciski pod każdym względem. Są niezwykle satysfakcjonujące w użytkowaniu, bardzo dobrze i naturalnie umiejscowione, a ich „feeling” jest identyczny — coś, co rzadko spotyka się nawet wśród droższej konkurencji.
Za scroll odpowiada znany i lubiany TTC Gold o deklarowanej żywotności wynoszącej 2 miliony kliknięć. W porównaniu do liczby, którą widzimy przy przyciskach głównych, może się to wydawać niewiele — jednak bez obaw, to w zupełności wystarczająco.
Co tu dużo mówić — przeskok jest wyczuwalny i bardzo przyjemny, taki sam niezależnie od kierunku ruchu: w przód czy do tyłu. Scroll pokryto czerwoną gumą, która poprawia chwyt i przyczepność palca. W tej roli sprawdza się świetnie — ani razu nie miałem wrażenia, że palec może się omsknąć. Aby uaktywnić przycisk znajdujący się pod „kółeczkiem”, potrzebna jest wyraźna siła, co uważam za zaletę — znacząco redukuje liczbę przypadkowych kliknięć. Same odczucia związane z tym „klikiem” są bardzo dobre — nie mam mu nic do zarzucenia.
Łączność, ślizgacze i bateria
Monka Prime można połączyć z komputerem (i nie tylko!) na trzy sposoby. Pierwszy to klasyczne połączenie 2.4 GHz za pomocą sporego rozmiarowo odbiornika, który przeznaczony jest do postawienia na biurku. Drugą opcją jest w pełni sprawnie działający Bluetooth, pozwalający cieszyć się zaletami gryzonia także na urządzeniach mobilnych, takich jak telefon czy tablet.
Trzecim i ostatnim sposobem jest połączenie przy użyciu kabla USB-C dołączonego do zestawu. Sam kabel jest dość standardowej jakości — da się go używać, ale jego sztywność i brak elastyczności mogą nieco uprzykrzyć życie.
Największym minusem w kwestii łączności jest jednak dość nietypowe i nieintuicyjne rozwiązanie… Gdy Monka Prime jest podłączona do przewodu, aby zapoczątkować ładowanie, musimy guzik na dole przesunąć do pozycji innej niż 2,4GHz, co może być mylące dla wielu użytkowników.
À propos baterii — nie jest ona wybitna. Nie zrozumcie mnie źle — dwa ładowane akumulatory plug&play wciąż oferują sporą swobodę i pozwalają nawet zapominalskim na szybki powrót do gry.
Pod warunkiem że akumulator bezproblemowo wyciągniemy, co wcale nie jest takie proste. Jasne, taki element musi trzymać się solidnie i nie może zawieść podczas rozgrywki, jednak tutaj jego mocowanie jest bardzo mocne — często miałem problem z jego wyjęciem.
Na ślizgaczach zawiodłem się najbardziej. W myszce za niecałe 300 złotych spotkanie teflonu innego niż biały zawsze dziwi… i rozczarowuje. Czy są szybkie? Niezbyt. A może płynne? Również nie. Czy przynajmniej wytrzymałe? Znów — nie za bardzo. Ale przynajmniej są, co już jest pewnym pocieszeniem!
Sensor i pomiary
Producent zdecydowanie nie żałował. Monka Prime wyposażona została w topowy sensor PixArt PAW3395. Bardzo podoba mi się fakt, że producenci używają co raz to lepszych sensorów w gryzoniach z przedziału cenowego 150-300 złotych. Ten tutaj sprawuje się bez żadnego zarzutu. Płynność, brak problemów ze współpracą z podkładkami, brak dewiacji i niski LOD to tylko niektóre z jego plusów. Jak widać zresztą na zrzucie ekranu z programu Enotus Mouse Test, załączonym niżej, PAW3395 spisał się bardzo dobrze.
Jedyną jego wadą (lecz nie dla każdego to wada) jest brak wyższej częstotliwości próbkowania. Personalnie nie przeszkadza mi to zupełnie, mówię otwarcie, że takowych różnic nie odczuwam i chętnie korzystam ze „zwykłych” 1000 Hz na poczet dłuższego czasu pracy na jednym ładowaniu.
Konkurencja niestety w tym aspekcie odjeżdża oferując 4000 Hz, a czasami nawet 8000 Hz!

Kształt i waga
Jeżeli zaznajomiony jest ktoś z kształtem myszek pokroju Pulsar X2V2, poczuje się tu jak w domu. Monka Prime ma bowiem niemal bliźniaczo podobny kształt. Niski przód, garb umiejscowiony znacznie z tyłu oraz wklęsłe przyciski główne — korzysta się z tego świetnie! Idealnie sprawdzi się u koneserów chwytu szponiastego (claw grip), niezależnie od wielkości dłoni.
Nieźle radzi sobie także przy chwytach palm oraz fingertip, choć w obu przypadkach rozmiar dłoni ma znaczenie (palm — nie dla dużych; fingertip — nie dla małych).
Waga to kolejny element, który zasługuje na pochwałę. Producent podaje około 53 gramów, co jest bardzo niskim wynikiem — zwłaszcza jak na mysz bez perforacji, nawet na spodzie. Również rozmieszczenie ciężaru jest godne uznania — żadna strona nie jest wyraźnie cięższa, co tylko uprzyjemnia korzystanie. Monka Prime — dobra robota!
Oprogramowanie
Jak widać na załączonym obrazku (a nawet na dwóch!), oprogramowanie, w które wyposażona została Monka Prime, nie wyróżnia się specjalnie na tle konkurencji. Z pewnością na pochwałę zasługuje szata graficzna — skromna, ale przejrzysta.
W programie znajdziemy wszystko, czego dusza zapragnie: sześciostopniową regulację DPI, możliwość wyboru LOD oraz częstotliwości raportowania (którą, swoją drogą, producent specjalnie się nie chwali — zauważyłem ten fakt dopiero po uruchomieniu programu). Ciężko mi się do czegokolwiek przyczepić. Monka Prime ma naprawdę solidne i nieobciążające komputera oprogramowanie.
Podsumowanie – Monka Prime
A więc, czy Monka Prime zasługuje na polecenie? Tak, ale nie obyło się bez kilku wad. Sam pomysł na dwa akumulatory w zestawie i możliwość ich zmiany bardzo mnie urzekł, ale… Bateria wytrzymuje rozczarowująco mało, proces jej zmiany wymaga albo bardzo twardych paznokci, albo tajemniczego sposobu (którego jeszcze niedane mi było opanować). Kwaśną wisienką na torcie jest też fakt, że korzystając z myszki „po kablu”, nie ładujemy ogniwa znajdującego się obecnie w niej. Ślizgacze również mnie zawiodły – czarny teflon w gryzoniu za 300 złotych to lekkie nieporozumienie.
Mimo wspomnianych wad, Monka Prime oferuje bardzo wiele pozytywów – bardzo dobra jakość wykonania, schludny, cieszący oko wygląd, niska waga oraz topowy sensor to tylko jedne z nich. Jeżeli szuka ktoś ciekawej myszki z kilkoma nietuzinkowymi rozwiązaniami i ma do wydania około trzysta złotych śmiało może szukać propozycji Marvo x Monka Prime.

Dziękuję serdecznie firmie Monka, bez której udziału ta recenzja by nie powstała.











Test i recenzja TP-Link RE235BE – Największy skok w historii repeaterów? Prawie
MCHOSE K7 Ultra – test i recenzja – chiński czołg do zadań specjalnych?