Kolejna recenzja i kolejna okazja do przetestowania flagowego produktu marki Lamzu, która w świecie gryzoni gamingowych jest dobrze znana i lubiana. Nie ukrywam, że mam bardzo miłe doświadczenia z jej myszkami i nigdy się na nich nie zawiodłem, przez co pałam do nich sympatią. Tym razem w prezencie dostałem model Lamzu Maya X 8K, czyli najnowszą odsłonę Mayi. Trudno zaprzeczyć faktowi, iż Lamzu jest obecnie niemalże mainstreamowym koncernem w świecie myszek, a stało się to głównie za sprawą sukcesu ostatnich modeli, takich jak właśnie Maya, które zostały zauważone przez profesjonalnych graczy oraz dużych streamerów gier e-sportowych. Czy Lamzu Maya X 8K może konkurować z najlepszymi? Przekonajmy się!
Specyfikacja
⦁ typ produktu: mysz dla graczy
⦁ łączność: dongle 2,4 GHz, przewodowa
⦁ sensor: Pixart 3950
⦁ MCU: Nordic 52840
⦁ akumulator:
⦁ przełączniki główne: Omron Optical
⦁ waga: 47 g
⦁ gwarancja: 2 lata
⦁ cena: 549 zł (na dzień publikacji)
Specyfikacja pochodzi ze strony producenta.
Opakowanie i jego zawartość
Opakowanie nie zaskakuje, ale czy to źle? Absolutnie nie! Lamzu Maya X trafia do nas w charakterystycznym dla tego producenta kartoniku, który od pierwszego spojrzenia przykuwa uwagę konsumenta. Główna część jest zakryta obwolutą nasuwaną z lewej strony w celu zabezpieczenia przed otwarciem. Właściwe opakowanie rozkłada się zaś na dwie części: lewą, zawierającą wszystkie akcesoria, i prawą, skrywającą mysz wraz z odbiornikiem. Box ten nie różni się praktycznie niczym od tych, w które pakowano Mayę czy Atlantis.
Zawartość opakowania
- myszka Lamzu Maya X
- dongle 8K
- przewód paracord
- taśmy antypoślizgowe
- zapasowe ślizgacze
- naklejka antykurzowa na spód myszki
- welurowy woreczek
- instrukcja obsługi

Nie brakuje tutaj niczego, a nawet jest więcej niż przeciętny użytkownik mógłby się spodziewać! Takie wyposażenie chciałbym widzieć, testując wszystkie gryzonie z segmentu premium. Zadanie domowe odrobione na piątke z plusem!
Jakość wykonania i wygląd
Lamzu, jak zwykle, dowozi, jeśli chodzi o kwestie wykonania i jakości użytych materiałów. W tym przypadku jest nie inaczej, ponieważ Maya X wręcz przewyższyła moje oczekiwania! Gryzoń ten waży zaledwie 47 g przy zamkniętej, pełnowymiarowej konstrukcji, co już jest niespotykane, ale zgranie tego z topową jakością wykonania to niemalże misja niemożliwa — nie dla Lamzu!
Tutaj naprawdę nie mam do czego się doczepić — gryzoń nie ugina się, nie skrzypi i jest perfekcyjnie spasowany w każdym miejscu. Czuć, że mamy do czynienia z klasą premium, a nawet czymś więcej. Użyte materiały są wysokiej jakości, nie ma mowy o palcowaniu się czy szybkiej eksploatacji materiału.
Wizualnie to stare, dobre Lamzu. Stonowane kolory i niepozorny wygląd to główne cechy ich produktów. Maya X zdecydowanie może się podobać — nie krzyczy na lewo i prawo, że jest produktem dla graczy, który razi swoim podświetleniem RGB. Myszka jest niemalże „czysta”, a więc nie ma żadnych dużych, kiczowatych znaczków, napisów czy logo producenta na pół grzbietu. Branding oczywiście jest, dziwne, jakby go nie było – złoty napis z lewej strony tuż nad diodą LED, który ładnie kontrastuje z białą kolorystyką, zdradza, że mamy do czynienia z wyrobem Lamzu. Charakterystycznym już elementem, który chiński producent stosuje w swoich urządzeniach, jest perforowany spód, który z wyglądu przypomina motyla. Niby mała rzecz, a cieszy!


Powierzchnia
Coating, z którym przychodzi nam tutaj obcować, jest zdecydowanie z tych matowych. Nie uświadczymy tutaj wyczuwalnej pod palcem tekstury czy jakiejkolwiek chropowatości. Nie oznacza to jednak, że brakuje tutaj chwytu! Mysz świetnie klei się do dłoni, a im dłużej jej używamy i im nasza dłoń cieplejsza, tym chwyt w moim mniemaniu jest lepszy.
Jeśli jednak komuś ta powłoka nie przypadnie do gustu, to Lamzu dorzuca w opakowaniu zestaw taśm antypoślizgowych, które swoją drogą są fantastycznej jakości. Również nie musimy się martwić o nadmierne brudzenie się myszki, bo powłoka niechętnie zbiera nieczystości. Jedynym jej mankamentem jest delikatne palcowanie się, szczególnie w przypadku czarnej kolorystyki (w białej po prostu tego nie widać), ale to nic wykraczającego ponad normę.

Przyciski główne, boczne i scroll
Lamzu Maya X została wyposażona w optyczne przełączniki marki Omron, które — jak twierdzi Lamzu — zostały opracowane specjalnie do tego modelu. Bez owijania w bawełnę, od razu się w nich zakochałem, ze względu na nietuzinkowy i niesamowicie przyjemny feeling. Jeśli chodzi o ciężkość, to zaliczają się do przełączników lekkich, a nawet bardzo lekkich, co niesamowicie mi przypasowało. Nie ma tutaj również jakiegokolwiek pre- czy post-travelu — Omrony są niezwykle precyzyjne i świetnie wyczuwalne, a ich implementacja stoi na poziomie topowym. Ich spamowalność jest świetna, a nawet wybitna, co może się spodobać zwolennikom starego systemu PVP w Minecrafcie, gdzie szybkie klikanie jest równie ważne, jak precyzja.
Śmiem twierdzić, że nie miałem nigdy bardziej responsywnych i gotowych do akcji przełączników – dzięki temu zajmują one w moim personalnym rankingu switchy miejsce na samym szczycie! Perfekcja w pełnym tego słowa znaczeniu.
Boczniaki natomiast nie odbiegają od nich poziomem. Za ich pracę prawdopodobnie odpowiadają 2-pinowe, niskoprofilowe przełączniki firmy TTC, co jest dość zaskakującym wyborem na boczne przełączniki. Lamzu jednak doskonale wiedziało, co robi, ponieważ te są najzwyczajniej bardzo dobre. Nie są prawie w ogóle gąbczaste, a pre- czy post-travel również nie występują. Sam klik jest niezwykle satysfakcjonujący i chrupiący jak na boczne klikacze. Kształt również jest czymś, co powinienem pochwalić, ponieważ są one według mnie idealnej długości oraz nie są za wąskie. Umiejscowione są minimalnie bliżej przodu myszki, co w moim przypadku sprawdzało się świetnie, ponieważ korzystanie z nich nie przysparzało żadnego dyskomfortu.

Co ciekawe, Maya X została wyposażona w enkoder, który brandowany jest przez samo Lamzu. Najprawdopodobniej jest to jednak enkoder jednej ze znanych firm, które się nimi zajmują, pod przykrywką. Niemniej jednak mnie obchodzi to, jak się on sprawuje, a co do tego nie mam żadnych zastrzeżeń. Rolka pracuje naprawdę gładko, jednocześnie mając wyczuwalne, dobrze zaakcentowane stopnie, co pozwala wyczuć, jak mocno kręcimy scrollem.
Enkoder ten należy do cichych, co powinno przypasować nocnym markom, którym zależy na komforcie domowników. Jego żywotność, jak na razie, stoi pod znakiem zapytania, ze względu na jego krótką obecność na rynku. Skłaniałbym się ku temu, że jest ona raczej długa, ponieważ enkoder ten jest odporny na pył, czyli jego naturalnego wroga. Przełącznik pod rolką niestety nie jest mi bliżej znany i nie mogłem odszukać informacji na jego temat w internecie, jednakże, jak pozostałe, jest on bardzo przyjemny w obsłudze.
Łączność, bateria i ślizgacze
Lamzu Maya X pozwala nam na połączenie z naszym komputerem na dwa sposoby: klasycznie, czyli za pomocą przewodu dołączonego do zestawu, który niestety trochę mnie zawiódł, lub przy użyciu adaptera 2,4 GHz dołączonego do zestawu. Łączność 2,4 GHz, jak wiadomo od lat, jest najlepszym rozwiązaniem, ponieważ nie ma żadnych zauważalnych dla użytkownika opóźnień. Oczywiście, myszka za pomocą przewodu będzie łączona głównie w celu doładowania akumulatora, jednakże sam przewód a’la paracord dołączony do zestawu jest zaskakująco sztywny i nie chce współpracować. Przypomina on wręcz kable dołączone do klawiatur, które raczej z giętkością nie mają nic wspólnego. To dziwne, bo jest on znacznie gorszy od tego w zwykłej Mayi…

Połączenie za pomocą dongla umożliwia również próbkowanie na poziomie 8 kHz, co, można powiedzieć, jest już standardem w topowych myszkach bezprzewodowych. Ja jednak nie do końca jestem fanem tak absurdalnie dużego próbkowania z paru względów. Mimo że technologia tak wysokiego odświeżania jest z nami na rynku już parę ładnych miesięcy, to niektóre gry dalej mają z nią problem i można zauważyć duże spadki FPS-ów lub mikrozacięcia. Moim skromnym zdaniem korzystanie z 4 kHz jest najrozsądniejszym wyborem właśnie z tego względu, ale nie tylko, o czym za chwilę.

Producent deklaruje, iż gryzoń na jednym ładowaniu wytrzyma 80 h rozgrywki, co w moim wypadku się sprawdziło, ale pod jednym warunkiem. Jak już się pewnie spodziewacie, chodzi o częstotliwość próbkowania. Wartość deklarowaną przez producenta udało mi się uzyskać wyłącznie przy próbkowaniu 1 kHz. Przy 4 kHz czas pracy na akumulatorze spada mniej więcej do 2/3 deklarowanej wartości, co jest jeszcze akceptowalne, jednak dopiero przy 8 kHz zaczyna się jazda. Wtedy myszkę musimy ładować praktycznie co chwilę, a to z kolei zaczyna się robić nie do końca przyjemne. Fajnym bajerem jest wskaźnik LED tuż pod napisem Lamzu na lewym boku myszki, który to informuje nas o aktualnym poziomie naładowania naszego gryzonia.
Ślizgacze w tym modelu są po prostu świetne. Zostały one wykonane najprawdopodobniej z czystego białego PTFE. Są wystarczająco grube oraz mają zaokrąglone ranty, więc nie ma mowy o niechcianym szorowaniu o podkładkę. Płynność, jaką oferują, również stoi na niecodziennym poziomie, jeśli mowa o stockowych łyżwach. Taki poziom dotąd reprezentowali jedynie aftermarketowi producenci, a tutaj dostajemy to wszystko w zestawie. Śmiem twierdzić, że Lamzu oferuje obecnie jedne z lepszych, o ile nie najlepsze, ślizgacze preinstalowane w myszkach. Brawo!

Sensor i pomiary
Lamzu Maya X została wyposażona w obecnie najlepszy sensor dostępny na rynku, a mowa o Pixart PMW3950. Jak się pewnie domyślacie, jest on pozbawiony jakichkolwiek wad, typu interpolacja, jittering czy niechciane wygładzanie. Ma on za to kilka nowych funkcji, których brakowało jego poprzednikom, a mam na myśli tutaj chociażby możliwość ustawienia parametru LOD bardzo nisko, czyli na 0,7 mm. Warto również wspomnieć, że oczko współpracuje z mikrokontrolerem Nordic 52840, który jest odpowiedzialny za sprawne przesyłanie danych z wyższą częstotliwością próbkowania w naszym urządzeniu.
Testy syntetyczne w tym przypadku to czysta formalność. Wskaźnik sprawuje się znakomicie nie tylko w grach, ale też w czysto laboratoryjnych warunkach.
Kształt i waga
Producent z Chin postawił na sprawdzone i przebadane na rynku graczy kształty. Lamzu Maya X ma wymiary 124 x 64 x 40 [mm], co czyni ją gryzoniem regularnych wymiarów.
Z początku Maya X w ręce sprawiała wrażenie niemal bliźniaczej kształtem do Vipera V3 Pro, ale im dłużej jej używałem, tym bardziej ten efekt zanikał. Jednak gdy spojrzymy na to, jak wygląda w porównaniu ze „żmiją”, to jest w tym sporo prawdy, ponieważ kontury niemalże się pokrywają.
Tak czy siak, są pewne różnice, które skutkują finalnie innym odczuciem w dłoni. Maya X jest bardziej płaskim urządzeniem z łagodnie opadającym garbem, co według mnie czyni ją bardziej uniwersalną. Niektórzy też mogą doszukać się podobieństwa do G Pro X Superlight 2, jednak w moim mniemaniu Maya X jest zupełnie inna, głównie przez brak „ziemniakowatego” tyłu.

Według mnie jest to świetna propozycja dla osób, które używają palm oraz claw gripu, raczej przy większych lub średnich dłoniach. Fingertip na tym gryzoniu polecałbym jedynie użytkownikom o bardzo dużych rękach (nie chodzi mi o was, gymbros), ale dalej nie byłby to mój pierwszy wybór przy takim chwycie. Na pewno nie jest to myszka dla kogoś, kto ma mniejsze dłonie, bo jest to spora konstrukcja.
To, jak bardzo konstruktorzy Lamzu postarali się przy tym gryzoniu, jest wręcz niesamowite. Waga tego urządzenia wynosi jedynie 47 g, czyli mamy tu do czynienia z segmentem ultralekkim, a przypominam, że jest to pełnowymiarowa bryła bez perforacji na górnym korpusie. Jedynym miejscem, gdzie znajdziemy otwarcia, jest spód myszki, a to pozwoliło zbić wagę bez ingerowania w komfort użytkowania. Gwoli ścisłości przypomnę, że myszka jest niesamowicie dobrze spasowana oraz wykonana z porządnych materiałów. Czapki z głów!
Oprogramowanie
Aplikacja jest jednym z najciekawszych punktów programu, ponieważ to pierwsza z testowanych przeze mnie myszek, która ma software w przeglądarce. Wiele razy wspominałem, że tego typu rozwiązanie jest jednym z moich ulubionych, chociażby ze względu na brak potrzeby instalacji dodatkowych programów, zasyfiających niepotrzebnie nasz komputer. Dla tych, którzy jednak nie są tego zwolennikami, Lamzu oferuje możliwość pobrania klasycznego oprogramowania Aurora, bo tak właśnie nazywa się software do Mayi X. Wersja do ściągnięcia na PC jest kalką 1:1 tego, co mamy w przeglądarce i vice versa, także przez znakomitą większość czasu używałem strony internetowej.
Sama aplikacja bardzo miło mnie zaskoczyła swoją przejrzystością oraz prostotą użytkowania. Znajdziemy tutaj tak naprawdę tylko najważniejsze parametry oraz funkcje, bez zbędnych zapychaczy, jakie lubią dorzucać inni znani producenci. Ciekawym smaczkiem jest bardzo klimatyczna szata graficzna, która po prostu cieszy oko.
Najważniejsze parametry, jakie możemy dostosować, to:
- bindy
- makra
- DPI
- częstotliwośc próbkowania (1000Hz-8000Hz)
- LOD
- czas uśpienia
- angle tune
- motion sync
- high speed mode
- debounce time
Jedyna opcja, której naprawdę mi brakowało, to możliwość ustawienia wyższej częstotliwości próbkowania w momencie, gdy wchodzimy do gry. Razer w swoim Synapse, wśród wielu niepotrzebnych opcji, miał taką funkcję i bardzo ją sobie ceniłem.
Lamzu Maya X – Podsumowanie
Szczerze mówiąc, spodziewałem się bardzo dobrego i do granic możliwości dopracowanego produktu, i taki też dostałem. Lamzu Maya X to bez dwóch zdań obecnie jedna z najlepszych myszek na rynku pod względem bebechów, jak i jakości użytych materiałów czy spasowania. Tak niska waga w pełnowymiarowym gryzoniu bez perforacji, a na dodatek wzorowe spasowanie? Nie spotkałem się z tym nigdy wcześniej. Zawartość opakowania również stoi na światowym poziomie; producent zapewnia różnorakie akcesoria i zapasowe elementy, takie jak ślizgacze, które mogą zużyć się z czasem.
To, czego brakuje innym producentom, tutaj jest dopięte na ostatni guzik. Jak dla mnie jest to obecnie jedna z najbardziej dopracowanych, o ile nie najbardziej dopracowana myszka gamingowa na rynku.
Ale czy jest ona dla wszystkich? Ze względu na kształt jest niesamowicie uniwersalna i sprawdzi się pod większość chwytów. Są jednak pewne wyjątki, takie jak fingertip, w przypadku którego potrzeba raczej większych dłoni, by korzystanie z gryzonia było komfortowe. To samo można powiedzieć generalnie o mniejszych dłoniach, gdzie zwykła Maya bez dopisku X może się okazać lepszym wyborem.

Zrealizowanie recenzji umożliwił sklep HardPC, który udostępnił egzemplarz do testów.






Test i recenzja TP-Link RE235BE – Największy skok w historii repeaterów? Prawie
MCHOSE K7 Ultra – test i recenzja – chiński czołg do zadań specjalnych?