Jeszcze parę lat temu, pierwsze dwa określenia z tytułu spowodowałyby, że Vivace trafiłoby na usta wielu entuzjastów audio. Niestety dla Tripowin, teraz o dobry IEM w okolicach 100 zł łatwiej niż o grzyba w budzie z kebabem. Czy to oznacza jednak, że testowane dzisiaj IEM-y nie mają racji bytu? A może jednak wyróżniają się czymś na tle rówieśników i powinny znaleźć się na Waszych listach życzeń?
Opakowanie i zawartość
Zestaw, którym raczą nas Vivace to absolutne minimum pozwalające na korzystanie ze słuchawek. W jego skład wchodzą słuchawki, 3 rozmiary nakładek w opcji z dużym i małym otworem oraz drut dumnie nazwany przewodem. Kable akcesoryjne firmy Tripowin mają raczej dobrą opinię w internecie (sam nie miałem z nimi przyjemności), jednak to co znajdziemy w ich własnych IEM-ach woła o pomstę do nieba i znacząco zmniejsza przyjemność z obcowania ze sprzętem. Oczywiście nie oczekuję tutaj idealnie układającego się przewodu, ale jakieś standardy wypadałoby zachować.
Wykonanie i wygoda
Przy tej cenie nie należy dziwić się, że Vivace wykonane są w całości z plastiku, gdzie nawet Truthear, przesiadając się z Hola na Gate, zdecydował się na zrezygnowanie z żywicy. Na szczęście nie znajdziemy tu ostrych krawędzi, które negatywnie wpływałyby na ułożenie w uszach. Przewód wydaje się solidnie wykonany i niepodatny na użytkowanie, niestety aż za bardzo.

Narzekałem już na przewód? Nie? To dobrze, bo tutaj nie mam specjalnie nic innego do zarzucenia. Połączenie kształtu Vivace z dobrym kątem wychodzenia dyszy, owocuje przyjemną wygodą i dobrze stawia opór kablowi, który z uporem maniaka stara się nie uginać przy naszych ruchach.
Brzmienie
Vivace brzmią praktycznie tak, jak większość tanich IEM-ów z pojedynczym przetwornikiem dynamicznym, więc ciężko też napisać o nich coś więcej niż klasyczną listę wad i zalet. Całość pasma brzmi całkiem znośnie, jeżeli jednak zaczniemy rozkładać je na czynniki pierwsze i słuchać trochę bardziej krytycznie, to magia przestaje działać i zaczynają pojawiać się problemy.

Bas jest łatwy do zauważenia na tle reszty częstotliwości, ze względu na swoje podbicie, jednak przeciągnięcie go do 250 Hz, powoduje rozlazłość i brak separacji uderzeń względem środka pasma.
Środek to klasyczne połączenie spadku w 500 Hz wraz z podbiciem w okolicach 1500 Hz, co powoduje, że wokal brzmi niby naturalnie, ale jednak nie do końca – wydaje się suchy i lekko pusty, a co za tym idzie nie wciąga tak w utwór, jak byłoby to możliwe przy lepszym poprowadzeniu tego zakresu.
Oczywiście wraz z klasycznymi wadami swojej budowy, Vivace odziedziczyły też jej największą zaletę – praktycznie liniową impedancję, która pozwala na podpięcie słuchawek do znacznie większej ilości źródeł, niż w przypadku słuchawek hybrydowych, nie bojąc się o zmianę pasma.

Narzekań kilka wróbla Filka
Ostatnio po głowie chodzi mi parę przemyśleń, które są za krótkie na cały artykuł, a dotyczą właśnie sytuacji na rynku słuchawek dokanałowych poniżej 150 zł. Pozwolę sobie, więc na wtrącenie ich tutaj.
Od dłuższego czasu w tym segmencie nastała stagnacja. Nowe modele przychodzą i odchodzą, jednak ich brzmienie pozostaje zbliżone, a czasami nawet takie samo. Od czasów Moondrop Chu brakuje tutaj rewolucji, która pchnęłaby rynek dalej. Oczywiście to co mamy teraz dalej jest bliżej ideału, niż to, co mieliśmy kiedykolwiek wcześniej, ale każdy model jest wariacją na temat – niezbyt idealnego – poprzednika, gdzie zamiast naprawiać wady, są one podmieniane na inne, które podobnie negatywnie wpływają na odsłuch.
Nie mam zamiaru zapominać o tym, co dzieje się teraz w wyższych półkach cenowych, które wraz z nastaniem „nowej mety” zmieniły się nie do poznania. Na przestrzeni roku powstało wiele modeli, które zapiszą się złotymi zgłoskami w historii audio: KE4, Mega5EST, czy DaVinci zmieniły to, jak teraz oceniane są słuchawki. Pytanie brzmi, kiedy to samo stanie się w niższych pieniądzach?
Podsumowanie – Tripowin Vivace
Jeżeli szukacie słuchawek poniżej 150 zł, to ciężko mi byłoby odradzać Tripowin Vivace, jako jedną z sensowych opcji. Problem w tym, że to samo mogę powiedzieć o 7Hz Zero:2 lub Chu 2. Słuchawki te nie posiadają żadnej cechy, która wyróżniała by je ponad konkurencję, ale za razem nie wypadają one zauważalnie gorzej od niej (poza przewodem). Jest to jedna z opcji, zdecydowanie nie zła, ale ciężko też ją nazwać najlepszą.
Sprzęt udostępniony na recenzję przez sklep Linsoul.com
Test i recenzja TP-Link RE235BE – Największy skok w historii repeaterów? Prawie
MCHOSE K7 Ultra – test i recenzja – chiński czołg do zadań specjalnych?