Moondrop Space Travel – tak wygląda odpowiedź na większość pytań o tanie TWS-y. Po zapowiedzi Ultrasonic spodziewałem się dopieszczonych ST za około 35-40 USD. Finalna kwota to jednak 75 USD, stanowiące trzykrotność ceny modelu wyjściowego. Czy warto więc tyle dopłacać?
Opakowanie i jego zawartość
Moondrop Ultrasonic, tak jak poprzedni model, przychodzą do nas w zestawie z trzema kompletami gumek i etui – wykonanym z tego samego plastiku, co wierzchnia cześć case’a, a to oznacza wysoką podatność na rysowanie się. W dodatku po umieszczeniu etui na pudełku nie da się go ściągnąć – tzn. pewnie się da, ale musiałbym użyć tak dużej siły, że byłbym blisko połamania go. Niestety, wieczko odstaje od reszty etui po zamknięciu całości.

Wykonanie i wygoda
To są Space Travel w innym kolorze – nie jestem w stanie tego określić w inny sposób. Ten sam plastik, ten sam przeźroczysty polimer, identyczne umiejscowienie elementów na samych słuchawkach. Z perspektywy budowy, różnią się jedynie dodatkowym przetwornikiem oraz odrobinę większą wagą. Wykonanie jest poprawne, ale plastik na górze pudełka, jak już wspominałem, błyskawicznie się rysuje.


Wygoda zawsze była mocną stroną Space Traveli, więc i tutaj stoi ona na wysokim poziomie. Choć płytkie osadzenie w kanale może sprawiać wrażenie niestabilnego, to jeszcze nie udało mi się ich wyrzucić z uszu poprzez ruszanie głową. Takie ułożenie powoduje zachowanie dobrej wygody podczas dłuższych sesji odsłuchu. Na uwadze należy mieć także stosunkowo duże belki, znajdujące się na zewnętrznych stronach konstrukcji – ich obecność uniemożliwia komfortowe leżenie bokiem ze słuchawkami w uszach.
Brzmienie
Moondrop Ultrasonic oferują pięć wgranych presetów equalizacji. „Club”, „reference” oraz „monitor” to 3 stopnie podbicia dołu, które można dobrać w zależności od preferowanej głośności odsłuchowej. Spośród tych trzech najbliżej moich preferencji jest „club”, gdyż pozostałe dwa mocno ograniczają potencjał dolnego pasma i to w przypadku wszystkich poziomów głośności. Słuchawki te wciąż są jednak dalekie są od basowych.

Niestety, sporym problemem tych trzech profili jest połączenie spadku w 350 Hz oraz podbicia w 4350 Hz. Powodują one odciążenie brzmienia oraz jego delikatną szorstkość, przez co środkowi pasma brakuje naturalności, a wszystko wydaje się lekko „papierowe”. Zestawienie tego z naturalnie brzmiącym początkiem eargainu powoduje oderwanie od siebie poszczególnych pasm i pudełkowatość wokalu.
Drugi smak tych słuchawek, to niepochylony DF z podbiciem basu, nazwany 89xx, który, pomimo swojego ogólnego rozjaśnienia na tle poprzednich profili, przypadł mi do gustu z racji bardziej naturalnie brzmiącego środka pasma. Zachowanie stałego pochylenia pomaga reprodukować brzmienie instrumentów w sposób niedający wrażenia doliny niesamowitości, w które wpada wiele słuchawek dokanałowych, generujących prawie dobre brzmienie.

Wybranie takiego pochylenia nie jest rozwiązaniem pozbawionym wad. Ogólną szorstkość brzmienia oraz brak masy stara się ratować podbicie dołu, zaczynające się na 220 Hz, jednak moim zdaniem jest to za późny start przy takim pochyleniu i wybrałbym okolice 400 Hz, jak w Space Travel, którymi ten profil jest inspirowany.
Jeżeli zaś chodzi o profil 336xx, to nie mam zamiaru analizować go jako coś, czego da się słuchać. Tona mułu połączona z górą, której peaki dodane zostały w equalizacji, to smutny żart, który doskonale demonstruje słusznie minioną erę tuningu słuchawek dokanałowych.

Całościowo najbliżej jestem polecenia korzystania z 89xx, który jest w zasadzie minimalnie gorszą wersją Space Traveli… za trzy razy więcej.
Oczywiście, kluczowym aspektem marketingu Ultrasonic jest kodek LDAC, na temat którego niejeden audiofil stępił pióro. W rzeczywistości różnica jest niesłyszalna. Zanim rzucicie się na mnie z hasłami pokroju „testowałem i działa”, to odpowiedzcie sobie na pytanie, czy byliście świadomi momentu zmiany kodeka. Jeśli tak, to obawiam się, że zmiana dźwięku była efektem PLACEBO, a nie LDAC.
Aktywna redukcja szumów
Nie zgadniecie, co zaraz tu przeczytacie. Redukcja szumów w Ultrasonic działa identycznie jak w Space Travel. Jest dobra, osiąga średnie wyciszenie na poziomie poniżej -20 dB, jednak ma problemy z górą pasma, z racji nieistniejącego PNC.

Idąc za osiągnięciami starszego modelu, także w Ultrasonic ANC zmienia się a ANA (Active Noise Amplification) w momencie, w którym pojawi się choćby najmniejszy podmuch wiatru.
Aplikacja, sterowanie i bateria
Sterowanie Ultrasonicami odbywa się przy użyciu panelu dotykowego znajdującego się na górnej połowie stema. Lista gestów wypisana jest w aplikacji i tam też można je dostosować do swoich preferencji. Niezrozumiałą decyzją jest usunięcie dźwięku potwierdzającego przytrzymanie słuchawki, które obecne było w modelu Space Travel. Zmiana trybów ANC wciąż oznajmiana jest przez bohaterkę japońskich kreskówek (coś mam dzisiaj ochotę na wywołanie burzy w komentarzach). Niestety, słuchawki zawsze włączają się z wyłączonym ANC.
Aplikacja pozwala zmienić większość istotnych aspektów Ultrasonic. Można wybrać profil EQ, dostosować gesty, zmienić ustawienia ANC, wybrać tryby ANC dostępne pod dotykiem oraz włączyć i wyłączyć LDAC oraz LC3.
Bateria pozwala na odsłuch ciągły przez 5,5 godziny na maksymalnej głośności z włączonym ANC. To jedyny aspekt, który uległ znaczącej poprawie względem Space Traveli.
Podsumowanie – Moondrop Ultrasonic
Wracając do pytania z tytułu – po co to komu? W najlepszym wypadku dostajemy trochę gorsze brzmienie, inny kolor, inną aplikację, dodatkowe 1,5 godziny na baterii i plastikowe etui, a płacimy ponad 3 razy więcej niż za Space Travel. Absolutnie nie widzę tu uzasadnienia takiej ceny, a tym bardziej sensu zakupu Ultrasonic. Słuchawki te generalnie nie wypadają źle na tle konkurencji w cenie 300-400 zł, ale co z tego, skoro to samo można powiedzieć o TRZY RAZY TAŃSZYM modelu.
Sprzęt na testy udostępnił sklep Shenzhen Audio.



Test i recenzja TP-Link RE235BE – Największy skok w historii repeaterów? Prawie
MCHOSE K7 Ultra – test i recenzja – chiński czołg do zadań specjalnych?