Osoby czytające nas dłużej, znają doskonale moją opinię na temat większości sprzętu do Meze. Nie raz, nie dwa ich produkty były ofiarami mojej krytyki. Jednak Meze Alba, już od pierwszych recenzji, zapowiadały się na produkt, który jest warty uwagi. Nawet znalazłem zastosowanie, w którym Alba nie mają konkurencji, jednak nie jest ono wcale takie oczywiste.
Opakowanie i zawartość
Meze Alba przychodzą do nas w zestawie pozwalającym na swobodne korzystanie ze słuchawek w prawie każdych okolicznościach. Etui, przewód, DAC oraz zestaw gumek, które w połączeniu z budową słuchawek oferują specyficzny kąt osadzenia w kanale słuchowym – jest on wygodny, jednak może utrudnić znalezienie zamienników. Niestety również DAC posiada swoje wady, gdyż podczas włączania raczy użytkownika głośnym i niskim szumem, na całe szczęście później jest już bezproblemowy.

Za to pudełeczko oraz przewód wykonane są w sposób godny pochwały. Słuchawki chronione są przed zarysowaniami poprzez wyłożenie etui miękkim zamszem, które to z kolei wykończone jest z zewnątrz ekoskórą. Całość prezentuje się kompaktowo oraz całkiem estetycznie. Kabel jest cienki i bezbarwny, a obudowa złącza Jack oraz Y-splitter wykonane są z metalu. Dobrze się układa oraz nie łapie skóry, kiedy puszczony jest za plecami.
Nie wiem jak to będzie wyglądać w kwestii pozostałych akcesoriów, jednak wedle informacji producenta, kabel do Alba powinien być dostępny na stronie Meze w ciągu najbliższych tygodni. Niestety nie wiem, czy będzie to dokładnie ta konstrukcja, czy jedynie skorzystają ze złącz 2-pin, które spośród całego line-up’u Meze, występują tylko w testowanym dzisiaj modelu.
Wykonanie i wygoda
Jak to w Meze bywa, Alba to solidny kawałek metalu, który pokryty został perłowo-białą farbą. Na całej muszli nie uświadczymy choćby grama odprysku, dzięki czemu całość prezentuje się niczym osobliwa biżuteria. Ciężko znaleźć mi punkt zaczepienia pozwalający na większą krytykę słuchawek pod tym kątem.

Mały rozmiar Alba powoduje, że znikają one w uszach, a specyficzny kąt dyszy owocuje płytkim, ale stabilnym osadzeniem. Minusem takiej konstrukcji jest niecodzienna metoda umieszczania słuchawek w uszach, gdzie najlepsze efekty przynosiło mi wciskanie ich kciukiem, jednocześnie podtrzymując je palcem wskazującym od strony małżowiny. Pomijając ten aspekt, to sprzęt znika w uszach opierając się jedynie na gumkach i nie powodując dyskomfortu.
Brzmienie
Zazwyczaj to właśnie tutaj pojawiał się zgrzyt w sprzętach od rumuńskiego producenta. Częściowo jest tak również w przypadku Alba, jednak są to słuchawki dalekie od złych.
Dół pasma poprowadzony jest bez większych wad. Widoczna jest tutaj półka basowa na mniej więcej 6 dB, więc jest to bezpieczny standard, który przyjemnie wspomaga odsłuch przy niskiej głośności i nie wpływa znacząco na resztę pasma. Niestety jest to jedyny zakres częstotliwości w Alba, który pozbawiony jest rzucających się w uszy wad.

Środek cechują dwa odchyły – jeden to spadek w 500 Hz, a drugi to podbicie w 1500 Hz. Powodują one znaczące odciążenie brzmienia. Szczęściem w nieszczęściu jest zakończenie podbicia w 2700 Hz, dzięki czemu słuchawki dalej nie odbiegają znacząco od czegoś, co nasze uszy mogą uznać za naturalne, ale dalej nazbyt jasne. Audiofile określiliby to, jako „brak masy”. Efekt ten jest dodatkowo pogłębiony przez podbicie całej góry o mniej więcej 1,5 dB.
Całościowo otrzymujemy słuchawki jasne, przez co brakuje w nich lekko basu, jeśli zdecydujemy się na odsłuch przy małym natężeniu, a środek i góra pasma nie powalają neutralnością. Na tle całego rynku są to słuchawki brzmiące dobrze, jednak w porównaniu z najsilniejszą konkurencją, w tym KE4, wypadają blado – tutaj należy jednak zauważyć, że wypadanie blado na tle KE4 to nie jest nic wyjątkowego. Jeżeli jednak ograniczymy się do pojedynczego przetwornika dynamicznego, to dzieło producenta ze wschodu Europy zaczyna prężyć muskuły i zbliżać się do rynkowego podium.

Ograniczenie się do samotnego DD daje efekt w postaci liniowej krzywej impedancji, a co za tym idzie, pozwala na podpięcie słuchawek do praktycznie dowolnego źródła, bez większej zmiany brzmienia. Aspekt ten może okazać się kluczowy dla osób, które nie do końca mogą zadecydować, gdzie wpinają swoje słuchawki.
Podsumowanie – Meze Alba
Niezależnie, czy jesteś fanem marki, czy jej przeciwnikiem, to Meze Alba swoim wykonaniem rywalizują z najlepszymi na rynku, a ich wygoda może być wzorem dla wielu producentów. Niestety w tej beczce miodu jest również łyżka dziegciu – brzmienie. Jeżeli szukacie produktu, który pozwoli Wam zbliżyć się do szczytów jakości audio, to szukacie Kiwi Ears KE4, które kosztują jedynie 100 zł więcej. Jeżeli natomiast, istotne jest dla Was, aby niezależnie od tego gdzie podpinacie swoje słuchawki, to dalej brzmiały one przyzwoicie, to nie mam specjalnie nic bardziej zgodnego z Waszymi potrzebami, niż testowane dzisiaj słuchawki.
Oczywiście znajdą się czubki (np. ja), które wepną L-Pad z 1 Ohm-owym rezystorem równolegle do słuchawek, zafundują sobie 25 dB redukcji sygnału na wyjściu, ale w zamian dostaną możliwość użycia KE4 z zachowaniem balansu ich pasma, aby móc swobodnie wtykać swoją końcówkę, gdzie tylko im się podoba. Jednak ja mam wygodnie, bo moim środowiskiem są miejsca z dala od front-ów, więc mogę sobie pozwolić na niskie SPL. Niestety osoby realizujące na FOH-u, albo artyści na scenie nie mają takich luksusów, i to właśnie dla nich widzę sens zakupu Alba. Oferują one wytrzymałą konstrukcję, mało widoczny kabel oraz stosunkowo niską cenę – na tle rozwiązań custom-owych. Czyni je to idealnym rozwiązaniem dla artystów i sensowną alternatywę dla techników.
Jak widzicie nie wspomniałem tutaj o konsumentach, bo dla Was mogę jedynie polecić zakup Kiwi Ears KE4 oraz CX31993 i cieszenie się pełnią muzyki.
Sprzęt na testy udostępniła firma Meze Audio
Test i recenzja TP-Link RE235BE – Największy skok w historii repeaterów? Prawie
MCHOSE K7 Ultra – test i recenzja – chiński czołg do zadań specjalnych?